środa, 13 sierpnia 2014

~Rozdział trzeci~ Szpital Świętego Munga

Luna Lovegood



Od czego tu zacząć? Hmm... może od tego, że jestem najszczęśliwszą czarownicą jaka istnieje na tej ziemi. Nie zapomnę tego nigdy... Szczerze mówiąc Neville coraz bardziej mi się podoba. Czuję, że się zakochałam... Po raz pierwszy w życiu. Jest jeden problem... on chyba tego nie czuję... Nie czuję chemii, której ja czuję do niego. Ostatnio ciągle mnie unika. Raz nawet nazwał mnie wariatką i kretynką. No dobra to mnie zabolało... Ale to nie zmienia faktu, że go kocham! Chyba się narzucam... Jestem idiotką. Jeśli zmarnuję taką szanse będę tego żałować do końca życia. Zastanawiałam się i doszłam do wniosku, że chyba to jest ten jedyny... Myślę, że to z nim będę do końca swoich dni. Żebym tylko przy nim tego nie wypaliła, bo pomyśli, że jestem nawiedzona.
- Cześć Luna idziesz dziś na mecz quidditcha? - zapytała mnie Ginny kiedy siedziałam na schodach.
Miałam przerwę przed transmutacją, więc postanowiłam poobserwować jak Neville przesadza do większej donicy jakąś dziwną, wyrośniętą roślinę. No wiem... wariatka ze mnie, ale czy to dziwne, jeśli go... jeśli go kocham?
- Co? - zapytałam odrywając od niego wzrok. Nie kontaktowałam... To było takie uczucie jakbym została wybudzona z transu.
- Coś ci jest?
- Nie.. Dlaczego pytasz? Czuję się znakomicie... Ty też chcesz ze mnie zrobić idiotkę?
- No co ty... Przecież się przyjaźnimy ( w tym momencie spojrzałam na nią, a ona zamknęła oczy... I tak wiem, że kłamała ! )
- Podoba ci się? - zapytała lekko się uśmiechając i patrząc przez ramię na niego.
Muszę przyznać, że lekko się zarumieniłam. Jednak chyba nie chciałam się zwierzać z tego co czuję, no bo po co, jeśli i tak mnie wyśmieje. Pewnie powie, że nie jest dla mnie, że taki ktoś jak ja nie powinien się zakochać...
- Podoba ci się Seamus? - zapytała podekscytowana i usiadła obok mnie.
- Nie! On nie jest w moim typie...
Spojrzała na mnie tak dziwnym a zarazem przeszywającym spojrzeniem, że po prostu nie wytrzymałam !
- NO DOBRA PODOBA MI SIĘ NEVILLE ! I CO ZADOWOLONA?
Chyba była zaskoczona. Spojrzała na mnie, ale zaraz odwróciła głowę. Siedziałyśmy tak w milczeniu... trochę to było krępujące. Po kilku minutach złapała mnie za rękę i mocno ją uścisnęła.
- Życzę wam szczęścia... nie zmarnuj tego. - uśmiechnęła się i odeszła.

Wieczorem tuż przed meczem po kryjomu wymknęłam się z pokoju wspólnego. Jak zawsze ściągnęłam swoją karykaturę wiszącą na tablicy ogłoszeń i pomknęłam przez korytarz. Nigdy się nie zastanawiałam czy te rysunki rysuje jedna osoba czy może kilka... W każdym razie byłam do nich przyzwyczajona. Nieraz nawet mi się podobały, a kilka razy w nocy poprawiałam żółtą kredką włosy. Czy one mi naprawdę tak sterczą? Ale omijając te szczegóły... Korytarz był pusty, pomyślałam, że wszyscy są w dormitoriach albo w szatni i przygotowują się na mecz.
- Hasło - powiedział obraz Grubej Damy.
Nie mam pojęcia czy ona naprawdę nie zauważyła, że jestem tu pierwszy raz? Powinna wiedzieć kogo wpuszcza, no bo w końcu nie jestem Gryfonką.
Gdy powiedziałam hasło, które na karteczce zapisała mi Ginny obraz obraz natychmiast się usunął.
Pokój Gryfonów był bardzo ładny, a w szczególności przytulny. Po lewej stronie był uroczy kominek, a obok fotele, były też różne stoły i krzesła, przy których pierwszoroczniaki odrabiali prace domowe. W sumie był tłok, więc wiele nie zdążyłam zobaczyć. Pobiegłam niezauważona no męskiego dormitorium.
- Cześć Neville, chciałabym z tobą porozmawiać - zwróciłam się do niego, a on natychmiast odwrócił się do mnie, gdyż pakował walizkę.
Obok niego Seamus i Dean zakładali czerwono-złote szaliki.
- Luna? - był na serio zaskoczony - Jak tu weszłaś?
- Ginny powiedziała mi hasło. Ale to nie ważne... Muszę ci coś powiedzieć, to jest okropnie ważne!
Neville był trochę zmieszany, ale przy tym taki uroczy... Muszę się ogarnąć!
Dean i Seamus wyszli z dormitorium i zostaliśmy sami. Tego pragnęłam, ale jednak poczułam strach...
- Luna chciałbym cię przeprosić. Ostatnio trochę dziwnie cię potraktowałem... Wiem jestem głupi i naiwny...
- Nie mów tak! To nie prawda! - natychmiast mu przerwałam.
- Ale to prawda... Wiesz pomyślałem, to znaczy... widziałem, że się całujesz z Zabinim...
- Że co?!
- Daj mi skończyć! Byłem okropnie zdenerwowany! Pomyślałem, że robisz sobie jaja i mnie po prostu wykorzystujesz... No bo widzisz... nie jestem ani mądry, ani przystojny, ani zabawny ( w tym momencie się okropnie zarumieniłam, w końcu wiedziałam, że to nie prawda...) Ale dziś usłyszałem jak Parkinson  śmieje się do Zabiniego, jak to fajnie wyszło, że mogli mi zrobić kawał... Wykradli eliksir wielosokowy - uśmiechnął się ironicznie.
- Szybko się pocieszyła... wczoraj Draco Malfoy z nią zerwał... A wiesz płakała przed Jęczącą Martą...
- Luna!! - krzyknął, a ja aż podskoczyłam - Czy ty mi wybaczysz? Wiem unikałem cię, mój błąd... Ale wiesz, to wszystko przez nich! Tak szczerze to... to.... - ( coraz bardziej robiłam się czerwona )  - to... Dlaczego zawsze się jąkam! No dobra... chyba się w tobie zakochałem... To jak wybaczysz mi?
- Zwariowałeś! - krzyknęłam, a on spuścił głowę na dół, był smutny, zauważyłam, że go to zmartwiło! A jednak zależy mu na mnie !
- Pewnie, że ci wybaczę ! - i przytuliłam go, a on uśmiechnął się tak, że zrobił się jeszcze przystojniejszy...

Neville Longbottom



Jestem kretynem. Myślałem, że ktoś taki jak Luna może być podły... Ale zresztą dziś doszedłem do wniosku, że mnie już nic nie zaskoczy. Biegłem korytarzem do wyjścia, bo właśnie zbliżał się mecz quidditcha. Nagle odwróciłem się, bo usłyszałem swoje imię. Byłem ogromnie zaskoczony tuż obok mnie stał Draco Malfoy. Był inny niż dotychczas... Twarz miał jeszcze bledszą niż zwykle, a oczy czerwone, w sumie wyglądał jakby dopiero co przestał płakać. Ale chyba to niemożliwe... Malfoy by płakał? Przecież on... nie to niemożliwe! A może przeżywał rozstanie z Peansy... Nie, chyba to nie to... Jemu jakoś nigdy na niej nie zależało...
- Neville ! - krzyknął, a ja właśnie miałem się odwrócić do niego plecami... Nie chciałem gadać z idiotą !
- Neville! Nie... Poczekaj. Chciałbym ci coś powiedzieć. - był na serio podejrzanie uprzejmy - Przepraszam... Przepraszam za to wszystko. Może nie jesteś wcale głupi. To ja jestem aroganckim palantem - spojrzał do tyłu czy nikt nas nie podsłuchuje - Tak... tak uważam - powiedział kiedy na niego spojrzałem z niedowierzaniem - Nigdy nie zostaniemy przyjaciółmi to prawda, ale chciałbym żebyś wiedział, że ja nie jestem, a może nie chcę być... złym. - gdy to dokończył wyciągnął rękę.
Byłem w ogromnym szoku! Malfoy mnie przeprasza za tyle lat upokorzeń?! Wtedy poczułem wyrzuty sumienia. W sumie też byłem idiotą, nienawidziłem go, w myślach pragnąłem, żeby on cierpiał tak samo jak ja... Żeby też doznał takich upokorzeń. Zawstydziłem się... Uścisnąłem mu rękę, a on uśmiechnął się do mnie przez łzy. Nie staliśmy tak długo, bo natychmiast puścił moją dłoń i odszedł.... Po raz pierwszy w życiu było mi go żal.

- Co ci jest Neville ? - zapytała mnie Luna kiedy usiedliśmy na trybunach.
- Wszystko w porządku.
- Wiesz co, profesor McGonagall pozwoliła mi komentować następny mecz! Nie mogę się doczekać! W sumie to niezbyt się znam na quidditchu, ale chyba to nie jest aż tak ważne, bo będę komentować, a nie grać! A zresztą wytłumaczysz mi z grubsza reguły gry, dobrze?
- Mhm... Będzie cudownie.
Luna uśmiechnęła się do mnie i pocałowała mnie w policzek. Dziś mecz nie za bardzo mnie obchodził... Zastanawiałem się nad zachowaniem Malfoya... A może to była jakaś gra? To dziwne, naprawdę dziwne....

- Tłuczek mknie, ale czy Weasley zdoła go obronić? I gol !
- Hura ! - zaklaskała Luna wstając.
Była taka zabawna kiedy się cieszyła...
- To był gol dla Gryffonów? - zapytała lekko zawstydzona widząc oklaski Ślizgonów.
- Ron przepuścił, jak na razie Slytherin wygrywa dwadzieścia do zera.
Uśmiechnęła się do mnie i szybko schowała twarz w dłoniach, ukradkiem zauważyłem, że zalała się mocnym rumieńcem.
Uwielbiałem z Luną oglądać mecz, pomimo, że w ogóle nie rozumiała reguł, ale z resztą ja pomimo, że znam zasady to nie potrafię grać. Byłoby śmiesznie gdybym pojawił się na stadionie w czerwonych barwach. W sumie babcia byłaby ogromnie dumna, bo w końcu dałaby wszystko, żebym choć trochę przypominał Harry'ego.

Po wygranej Gryfonów odbyła się oczywiście balanga. W wesołej atmosferze płynęły szybko dni. Tydzień po meczu na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja zwiastująca wypad do Hogsmeade. Luna ciągle dręczyła mnie, żebyśmy razem wpadli do Trzech Mioteł na kremowe piwo. Ja jednak miałem zupełnie inne plany.

- Pakuj plecak i chodź idziemy, bo Flich zaczyna już wszystkich sprawdzać - powiedziała pewnego dnia siedząc na moim łóżku.
Nie lubiłem jak wchodziła do męskiego dormitorium... Nie dlatego, że się jej wstydzę, wręcz przeciwnie... Ale po prostu uważałem to za nietaktowne, bo czy ja włażę jej do sypialni?!
- Ile razy ci mówiłem, że nie idę do Hogsmeade?! Chciałem zabrać cię gdzieś indziej, tylko mam prośbę dotknij to kiedy cię o to poproszę - i podsunąłem jej pod nos brudny, stary but.
- To świstoklik? - zdziwiła się.
Pokiwałem tylko głową. I na znak razem złapaliśmy za sznurówki. To dziwne uczucie... W jednej chwili czujesz jakbyś leciał przez nieznaną pustkę i nicość a w drugiej leżysz na twarzy czując ból jakbyś dopiero oberwał. Chciałem zabrać ją do Świętego Munga. Ona ciągle rozglądała się dookoła. Nie mam pojęcia czy kiedykolwiek tu była. Pociągnąłem ją za sobą i pobiegłem po schodach na trzecie piętro. Przez szybę pomachał nam były profesor Obrony Przed Czarną Magią. Luna przyglądała mu się z niedowierzaniem. Przecież dopiero uczył ją w pierwszej klasie. Chyba miała mnie zapytać czy po to tu przyszliśmy, ale nie zdążyła, bo wciąż szedłem na wprost. W końcu zatrzymałem się przed parawanem. Spojrzałem na nią, mocniej objąłem jej dłoń, którą trzymałem, przełknąłem ślinę i poczułem mocne kołatanie serca. Jej oczy patrzyły tak, jakby w ogóle nie rozumiała dlaczego tu jest. A może po prostu patrzyła się na mnie z niedowierzaniem, bo płakałem... Tak znów ryczałem, czułem, że mam mokre oczy i zapewne byłem czerwony. Odsunąłem niepewnie parawan, a przede mną znaleźli się moi rodzice pogrążeni w drzemce.
Po kilku sekundach podnieśli głowy i powoli wstali. Poczułem jeszcze większą chęć rozpłakania sie, przecież oni byli jak rośliny. Nic nie rozumieli... Nie pamiętali kim są... Kim ja dla nich jestem... Po prostu, żyli z dnia na dzień nie mając pojęcia o niczym...  Poczułem współczucie, które często dotyczy mi przy wizytach...
- Mamo, tato to jest Luna Lovegood... - nie zdążyłem nic więcej powiedzieć...
Mama podeszła do Luny objęła ją tak jak nigdy w życiu nie objęła mnie i wyszeptała :
- Córeczko.
Nie czułem do niej żalu, czy złości, wręcz przeciwnie ucieszyłem się. Nie byłem zazdrosny, że do mnie nigdy nie powiedziała " synku ". Sam nie wiem czemu jeszcze bardziej się rozpłakałem, ale czuję, że to nie były łzy smutku, tylko szczęścia.

poniedziałek, 28 lipca 2014

~Rozdział drugi~ Początek czegoś wielkiego

Luna Lovegood

Siedziałam z Ginny przed lekcjami czekając na historię magii. Szczerze mówiąc, źle to zabrzmiało, bo w sumie to sama czekałam. Ginny siedziała obok mnie, to prawda, ale myślami była przy Danie. Mogę to zrozumieć, zakochani...ale w ogóle po co usiadła obok mnie?! To było denerwujące, wolałabym już siedzieć sama i rozmyślać, o sumach. W oddali dostrzegłam tego samego chłopaka, którego wczoraj obroniłam przed napaścią Malfoya. Siedział sam i gapił się w jakąś książkę. Nie mam pojęcia dlaczego, ale odczuwałam ogromną ochotę do niego podejść i z nim porozmawiać. Nie zrobiłam tego... wyśmiałby mnie. Ale miałam wielkie pragnienie komuś się wyżalić, z kimś normalnie pogadać, nie myśląc, że zaraz zostanę wyśmiana, a w pokoju wspólnym znów zawiśnie moja karykatura.
 - Ginny czy myślisz, że ktoś taki jak ja może mieć przyjaciół - zapytałam. 
Ona wzdrygnęła się, ta jakby właśnie została wybudzona z hipnozy. 
- Co ty opowiadasz, przecież masz mnie - wyszeptała. 
Ona kłamała, to było widać, może zrobiło jej się mnie żal... No cóż nie trzeba mi jej litości. 
Stanęłam i powoli ruszyłam na drugi koniec korytarza. Czułam coś w gardle, a mocny ucisk w brzuchu przyprawiał mnie o mdłości. 
- Cześć - powiedziałam siadając obok chłopaka czytającego książkę.  
Spojrzał z niej ukradkiem i tylko się do mnie uśmiechnął. Chciałam go jakoś zagadać, ale sama nie wiedziałam jak. Myślałam, że może okaże się fajny i być może nawet się zaprzyjaźnimy. 
- Jestem Luna - przedstawiłam się po chwili namysłu... - A ty?
- Longbottom to znaczy Neville.
- Zielarstwo, tak? Czytasz o zielarstwie? Ciekawa jest ta jadowita tentakula, mój tata kiedyś napisał o niej artykuł w "Żonglerze". 
I właśnie wtedy zobaczyłam, że przestaje go interesować co piszę w książce. Odwrócił się do mnie i zaczął ze mną rozmawiać o roślinach. Może temat niezbyt ambitny, no ale chyba po raz pierwszy rozmawiałam z kimś tak po prostu. 
- A czytałaś kiedyś o diabelskich sidłach...
- Neville mogę cię o coś zapytać? - przerwałam mu w końcu. 
Kiwnął tylko głową i patrzył się na mnie. Tym razem nie jak na idiotę, tylko jak na normalną koleżankę. 
- Czy... czy ciebie też nikt nie lubi? Przepraszam, że tak pytam, jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj...
Przez moment milczał patrzył się wciąż w swoje ręce. Nie wiem czy nie wiedział co powiedzieć, czy próbował ułożyć wszystko sobie w głowie. Postanowiłam, że zmienię temat. Otwierałam usta, lecz on powiedział : 
- Wiesz, nigdy nie miałem przyjaciół. Wszyscy uważają mnie za głupola. No dobra nie jestem zbyt dobry... no ale... To okropne uczucie. 
- Wiem. Ja już się do tego przyzwyczaiłam. Wszyscy maja mnie za Pomylunę Lovegood. Nie rozumiem dlaczego ludzi tak wyjątkowych jak ty mają za idiotów. 
Widziałam zaczerwienił się. Nie mam pojęcia dlaczego, ale poczułam w żołądku ucisk, to chyba były motyle... Wydawał się coraz przystojniejszy. Piękne, brązowe oczy, lśniące włosy i ten cudny uśmiech...
Zwariowałam... Naprawdę zwariowałam. Gapiłam się w niego jak nawiedzona... Potem zbliżyłam się do niego... Byłam bardzo blisko, widziałam jego wystraszone oczy, ale.... pocałowałam go!

- Przepraszam, nie chciałam... nie wiem dlaczego tak wyszło - szybko próbowałam się usprawiedliwić. 
Patrzył na mnie wystraszony, jakby nie wiedział co się stało. 
- Chyba się w tobie zakochałam - wyszeptałam patrząc w dół. 


Neville Longbottom


Kurczę, co to było?! Nie spodziewałem się, że mogę się podobać jakiejkolwiek dziewczynie...  A może ona udawała? Może ją to bawiło? Ale chyba nie posunęła by się aż do tego... Gdyby to udawała czułaby do mnie odrazę i nie pocałowała by mnie... 
- Neville co ci jest? - zapytał mnie Ron kiedy wszedłem do pokoju wspólnego.
Usiadłem na fotelu i zamarłem. Miałem mętlik w głowie...
- Ja... Ja, ja się własnie całowałem... 
Widziałem jak Ron i Harry patrzą na mnie z niedowierzaniem. Hermiona na chwilę zostawiła swoje notatki i zerknęła na mnie. 
- Całowałeś się? Z kim ? - Ron był naprawdę bardzo zdziwiony. 
Do mnie to wszystko jeszcze nie docierało... Ale w sumie właśnie zdawałem sobie sprawę, że Luna jest wyjątkowa, a w dodatku bardzo ładna... 
- Z Luną - wyszeptałem. 
- Z Pomyluną?! 
- Nie mów tak o niej, Ron! Nie znasz jej! Ona wcale nie jest wariatką! Jest zupełnie normalna! 
Po tym jak to powiedziałem poszedłem do łóżka. Nie mogłem długo zasnąć wciąż przed sobą miałem jej piękna twarz.Dręczyły mnie myśli, czy ona czuje to samo co ja? 

Rano gdy tylko się obudziłem wybiegłem na korytarz. Sam nie wiem dlaczego... Chyba jestem jeszcze głupszy niż wszystkim się wydaje... Stanąłem po środku i aż mnie zamurowało... Luna obściskiwała się z Zabinim! Czy ona zwariowała? Po co mnie całowała?! Poczułem wielką nienawiść. Pierwszy raz zaczęło mi na kimś zależeć... Wydawało mi się, że się polubiliśmy... Babcia miała rację! Trzeba uważać, bo w każdej chwili twój najbliższy przyjaciel może okazać się twoim wrogiem... Odwróciłem się nie chciałem już jej widzieć... Znienawidziłem ją...
Pobiegłem do łazienki, sam nie wiem dlaczego, ale jak cierpię, albo ktoś mnie rani lubię wypłakać się w łazience. Ostatnio zrobiłem tak u Świętego Munga, kiedy mama mnie nie poznała... Wiem, wiem... znowu ryczę! Nie kontroluję tego! Chciałbym być normalny, opanowany... Taki jak Harry. Zresztą babcia oddałaby wszystko, żebym był taki jak on. Ciekawe co by powiedziała gdybym był taki arogancki jak Malfoy? Byłaby ze mnie dumna, czy może wyrzekłaby się mnie? Nigdy tego nie zapomnę jak miałem cztery lata, a babcia próbowała nauczyć mnie latać na miotle. No dobra, nie potrafiłem na nią wsiąść, a jak mnie na nią posadziła spadłem i obdarłem sobie kolano, no ale żeby mnie nazywać tępym idiotą i bałwanem? Małe dziecko? Chyba od tego momentu przestałem wierzyć w siebie... 
Siedziałem na sedesie o wszystkim rozmyślając. Może to i lepiej, że dowiedziałem się tego teraz, no bo gdyby jej zaufał, a tu nagle takie coś... Wstałem i spojrzałem w lustro. Ujrzałem w nim odbicie idioty... Tak wyglądałem głupio... Wielkie zęby, rozczochrane włosy, oczy, które wyglądały jakby wyrażały zdziwienie, że w ogóle znajdują się na twarzy. 
- Co ci jest chłopaczku? - usłyszałem głos zza plecami. 
Była to Jęcząca Marta. Miała okulary, dwa brązowe kucyki i dziwny uśmiech. Ją w sumie też nikt nie lubi, tak samo jak mnie... Irytek wciąż się z niej śmieje, ze ma krosty i jęczy... Ja też ryczę, do prawdy wysypki nie mam, ale mam okropne zęby...
- Coś cię trapi ? - zapytała szczerząc zęby. 
Nie miałem ochoty do zwierzeń. A ona tak głupio się na mnie patrzyła jakby chciała mnie zabić, żebym został jej przyjacielem... duchem. Gdybym był duchem nie chciałbym siedzieć w toalecie... To co najmniej dziwne... Gdybym był Malfoyem powiedziałbym, że to żenujące i wstrętne, a poza tym Marta jest szlamą także wszystko to wyjaśnia. Aha no i oczywiście " Mój ojciec się o tym dowie". 
Na szczęście nie musiałem odpowiadać na pytanie, bo usłyszałem płukanie w drzwi. 
- Dzięki, że otworzyłeś! Irytek nas goni po całej szkole - wysapał George. 
- Podłożyliśmy mu łajnobombę ! - dokończył Fred. 
- Nie uwierzyłbyś jaki świetny efekt wychodzi na duchach!
- Ale wy przecież nie chodzicie do szkoły! - zdziwiłem się na ich widok. 
- Fred jak mogłeś zapomnieć! Przecież my mamy poważny interes na głowie! 
Pstryknęli palcem i teleportowali się. Muszę przyznać, trochę poprawili mi humor. Hogwart bez bliźniaków, to już nie ta sama szkoła.
Gdy wychodziłem z łazienki zobaczyłem, że Luna się do mnie uśmiecha i macha ręka. Odwróciłem się i powiedziałem jej przez ramię :
- Jak mogłem być tak naiwny? Oszukałaś mnie! Jednak wszyscy mieli racje, jesteś wariatką! 
I ruszyłem w stronę pokoju wielkiej sali, bo była własnie pora obiadowa.

**********************

Dziękuję za tak miłe słowa. Nie spodziewałam się, ze w poprzednim poście znajdzie się, aż tyle komentarzy. Jeśli czytasz ten rozdział - skomentuj. To bardzo motywuje.

środa, 23 lipca 2014

~Rozdział pierwszy~ Inny nie znaczy gorszy

Luna Lovegood


Wchodziłam do pociągu. Za mną wskakiwali ucieszeni pierwszoroczni. Ach... gdy ja byłam pierwszy raz w Hogwarcie... Wtedy nawet moja wyobraźnia nie musiała się wysilać, Wielka Sala wyglądała lepiej niż w najpiękniejszych snach. Ogromne stoły, wiszące świece, sufit niby niebo...
   Znalazłam jakiś zupełnie pusty przedział, usiadłam obok okna i rozłożyłam "Żonglera". Otworzyłam na bardzo ciekawym artykule o sklątkach tylnowybuchowych. Własnie pogrążyłam się w lekturze kiedy nagle zobaczyłam, że ktoś na wprost mnie usiadł. Zerknęłam spod gazety. Po lewej stronie przedziału siedział wysoki chłopak, o brązowych lśniących włosach z jakąś śmieszną roślinę. Miał rozsypane rzeczy i próbował złapać żabę. Uśmiechnęłam się po kryjomu. Wyglądał bardzo zabawnie.
- Może ci pomóc? - wypaliłam w końcu, bo nie wytrzymałam widoku jak się męczy.
On na mnie spojrzał swoimi dużymi brązowymi oczami i uśmiechnął się do mnie. Sama nie wiem czy to był szczery uśmiech czy tylko jakiś grymas.
- Nie trzeba - w końcu powiedział i w ostatniej chwili złapał ropuchę kiedy mi się przypatrywała.
Usiadłam znowu rozłożywszy czasopismo, ale go nie czytałam... Przyglądałam się ciągle temu chłopakowi, chyba go nigdy jeszcze nie widziałam... Dlaczego siedzi tu ze mną? Nie ma przyjaciół, a może woli samotne towarzystwo, bo w sumie ciągle patrzył się w okno. Pociąg jechał coraz szybciej, a czas płynął nie ubłagalnie. Szybko przebrałam się w szaty, a różdżkę włożyłam za ucho. Ukradkiem spojrzałam na niego. Zobaczyłam jego odbicie w szybie... Nie wiem dlaczego, ale on płakał. Chciałam się zapytać co się stało, ale uznałam to za głupie i bezczelne, więc milczałam...

Hogwart był naprawdę cudowny. Za każdym razem, kiedy przekraczałam próg zamku wydawał mi się jeszcze piękniejszy. Za sobą zobaczyłam Harry'ego, Rona, Hermionę i tego chłopca z rośliną. Widziałam, ze nie przepadają za jego towarzystwem, rozmawiali miedzy sobą, a jego zostawiali nieco z tyłu.
- Cześć ! - uśmiechnęłam się do nich kiedy przechodzili blisko mnie.
- My się znamy? - zapytał Harry, ale zauważyłam, że Hermiona szturchnęła go łokciem.
- Ty jesteś pewnie Pomyluna... znaczy Luna...
- A ty pewnie zgubiłeś znów swoją ropuchę, co? Tak to jest jak się nie chce od nikogo pomocy...

Chociaż nazwał mnie Pomyluną nie czułam do niego urazy. Widziałam potem jak się czerwieni. Pewnie zawstydził się, że taka osoba jak ja go poucza... Ale co tam... Mnie od dawna nie obchodzi, co inni o mnie myślą, liczy się to kim się jest dla siebie.

- Co było pierwsze, feniks czy płomień? * - zapytał mnie portret, kiedy wchodziłam do pokoju wspólnego.
-Hmm... Myślę, że odpowiedź jest taka, że koło nie ma początku
- Dobrze uzasadnione.
Obraz usunął się, a ja przeszłam do środka. Zaraz obok wejścia natknęłam się na plakat wiszący na tablicy ogłoszeń. Przedstawiał mnie. Miałam okropnie rozwiane włosy, a oczy kręciły się tak, jakbym wypiła za dużo ognistych whisky. Na dole widniał duży, niebieski napis " Pomyluna ,, . Spojrzałam po ogromnym pokoju. Wszyscy Krukoni wpatrywali się we mnie coś szepcząc, a niektórzy nawet mieli czelność się podśmiewać i wytykać mnie palcami.
- Bardzo ładny rysunek, ktoś ma na prawdę talent - powiedziałam uśmiechając się i ściągałam rysunek.
Patrzyli się na mnie jak na idiotkę, a ja szłam dumnym krokiem, mając ich wszystkich w ... nosie. Podskakiwałam z nogi na nogę, aż w końcu znalazłam się w sypialni. Położyłam się na łóżku i zasnęłam.

Neville Longbottom 




  Ryczałem... ryczałem jak małe dziecko. Byliśmy u Świętego Munga, ale te odwiedziny były najgorsze jakie zapamiętałem.  Mama wtedy wstała, wskazała na mnie palcem, spojrzała jakoś dziwnie... ja wtedy myślałem, że może sobie przypomina kim jestem, że chociaż powie, ze kiedyś mnie widziała, a ona...
" Jego nie znam " - tak właśnie powiedziała. Nie wytrzymałem rozryczałem się, to okropne uczucie kiedy rodzona matka cię nie poznaje... A babcia nawet nie raczyła mnie pocieszyć. Wręcz przeciwnie krzyczała na mnie, specjalnie czepiała się o błahostki. Myślałem, że jak pojadę do Hogwartu to chociaż trochę o tym zapomnę... ale poryczałem się w pociągu...

- Jednak ty jesteś głupi, Longbottom - usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się, a za moim plecami pojawił się Snape. Nienawidziłem go. Jego oczy były puste, czarne jak dziury, które pozbawiają perspektyw. Zimne, bezlitosne... Muszę przyznać, bałem się go.  Może to dziwne, ale to właśnie on był moim boginem, to właśnie w trzeciej klasie dostał ode mnie w prezencie kapelusz i torebkę mojej babci... to było zabawne...
- Jaka to miała być barwa, no jaka? - patrzył się na mnie z pretensją, wiedziałem, że go to bawi.
- Bursztynowy...- wyszeptałem.
- To dlaczego twój jest... jak... zgniłe skarpety?!
Z tyłu wybuchły śmiechy, a najgłośniej śmiał się ten palant - Malfoy. Pff... myśli, że jak jego ojciec to bliski przyjaciel, Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, to wszystko może... Na jego miejscu wstydziłbym się tego...
- Zapomniałeś soku z pijawek i dodałeś za dużo śledziony szczura. Myślisz, że jak będziesz dodawał to co chcesz właśnie zjeść to eliksir ci wyjdzie? Nie myśl tylko o jedzeniu! Gryffindor traci dziesięć punktów!
  Dupek za mną znowu zaczął się śmiać... trudno wytrzymać z nim, a jeszcze trudniej ze Snape.

- Longbottom, zepsułeś się? Chyba reparo ci nie pomoże... No wiesz, żeby być głupszym od własnej żaby... - kiedy wychodziłem z lochów właśnie tak mówił do mnie Malfoy...
A ci jego tępi przyjaciele Crabee i Goyle śmiali się jak prosiaki, które się cieszą, ze dostały resztki do zjedzenia...
Miałem już im coś powiedzieć, właśnie otwierałem usta, ale... upadłem bezwładnie na ziemie. Zorientowałem się, że ten palant rzucił na mnie jakieś zaklęcie i chyba związał mi nogi, bo nie potrafiłem się ruszyć.
Wybuchły śmiechy, głupol nawet postawił swoje wstrętne łapsko na moich plecach i krzyczał coś w rodzaju " Jestem zwycięzcą, pokonałem tępą bestię ,, . Wszystkie te krzyki i wrzaski przyprawiały mnie o mdłości, a w głębi duszy poczułem chęć zemsty.
- Uspokójcie się! Jak możecie coś takiego robić?!
Usłyszałem jakiś piskliwy, dziewczęcy, łagodny głos, ale nie miałem pojęcia kto to. Nie mogłem wstać, poruszyć głową zresztą też...
- Bo co, bo taka wariatka jak ty może mi przeszkodzić? Pff... też coś. Idź lepiej bawić się z niewidzialnymi krasnoludkami, Pomyluno !
Pomyluna? To znaczy... Luna? Luna stanęła w mojej obronie? To dziwne, przecież nigdy się nie lubiliśmy... W sumie to ja ją unikałem, a ostatnio wcale się do niej nie odzywałem, kiedy musiałem siedzieć z nią w przedziale.
- Niewidzialne.... Hmm... ale za to widzialny jest mroczny znak ta lewej ręce twojego ojca, co?
- Ty wstrętna, niegodziwa ....
Nie zdążył dokończyć, nie mam pojęcia co się stało, ale uciekł krzycząc jak niemowlę.
- Nic ci nie jest? - zapytała.
Otrzepałem się, spojrzałem w jej błękitne, marzycielskie oczy i wstałem. Kiwnąłem głową i cicho podziękowałem. Uśmiechnęła się do mnie, a jej twarz wyglądała jeszcze bardziej... marzycielska? Nie wiem jak to określić... Patrzyła przez jakiś czas na mnie, chyba sprawdzała czy wszystko w porządku, w końcu zdenerwowałem się, bo nie chciałem być sprawdzany... Pożegnałem się z nią i wyszedłem.

*******************
Rozmowa Luny i portretu została za czerpana z książki.

sobota, 19 lipca 2014

Prolog

Luna Lovegood 



Nazywam się Luna Lovegood, mam piętnaście lat i właśnie zaczynam piąty rok w Hogwarcie. Mój tata jest redaktorem " Żonglera ", a mama... mama  umarła jak miałam dziewięć lat.
Wszyscy uważają mnie za wariatkę, nazywają mnie Pomyluną Lovegood. W sumie już się przyzwyczaiłam, że nigdy nie będę mieć przyjaciół... ale to by było naprawdę cudowne, budzić się rano i z radością czekać na list od twojej przyjaciółki, która wysłała go tak po prostu, żeby poprawić mi humor...
Ale na szczęście mam wyobraźnie, a jedną z jej dobrych stron jest to, że zawsze mogę udawać, że mam kogoś takiego. Czasem przed zaśnięciem myślę sobie, że moja przyjaciółka jest podobna do mnie. Razem czytamy " Żonglera ", obie uchodzimy za stuknięte, ale nam to nie przeszkadza, bo mamy siebie. Niektórzy uważają, że żyje wciąż w marzeniach, ale co mi poza tym pozostało? Życie jest piękne i nie wolno go marnować na smutki. Trzeba się cieszyć każdą chwilą życia. Po co je marnować, skoro każdy dzień może być tym ostatnim. Życie jest jak ciastko, kiedy zjadasz kawałek, masz ochotę na więcej, więc skoro jest jeszcze zapas w spiżarni trzeba z tego korzystać. A jeśli wracając do szkoły, strasznie się boję, bo w tym roku mam zaliczać sumy. Myślę, że trzeba liczyć na szczęście i oczywiście trzeba mu trochę pomóc nauką. Chciałabym zdać chociaż pięć sumów... w przyszłości chciałabym zostać redaktorem " Żonglera " chcę kontynuować dzieło ojca. Teraz czuję, że " Prorok Codzienny " piszę bzdury... od kiedy Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił, wymyślają takie brednie, że nawet trudno to sobie wyobrazić. Ostatnio i tak trochę lepiej opisali sytuację Harry'ego, ale i tak sądzę, że moim obowiązkiem jest dostarczanie prawdy ojcu, tak aby jego reportaż był prawdziwy, a nie wyssany z palców... Gdy tylko ja zostanę redaktorką pozbawię " Proroka " czytelników, bo " Żongler " był i zawsze będzie lepszy. A teraz dowiedzą się o tym wszyscy...

Neville Longbottom



Jestem Neville, Neville Longnbottom. Może to głupie, ale zacząłem pisać pamiętnik. Oczywiście to typowe dla dziewczyn, ale jeśli pomyśleć o tym w inny sposób... "Chłopcy piszą dzienniki, a dziewczyny pamiętniki" - tak tłumaczyła mi to babcia. Miała już dość moich opowieści jaki to jestem niezdarny i wręczyła mi oto ten dziennik i kazała właśnie w nim o tym pisać. To wiadome, że babcia zrobiłaby wszystko tyko, żeby mieć takiego wnuka, jak np. Harry Potter. Chyba wcale we mnie nie wierzy, myśli, że nigdy nie będę jak ojciec, pewnie ma racje... W szkole na pewno tak każdy uważa... " Longbottom jest głupi i tępy " - ciągle słyszę to na przerwach. Z resztą podczas lekcji jest tak samo. Snape traktuje mnie jak wyjątkowo głupiego szczura, który został pozbawiony resztek mózgu. Może gdyby ktoś we mnie wierzył byłoby inaczej. Ale niby kto? Przyjaciół też w sumie nie mam. Ostatnio czuję się jak wyrzutek. Kiedy razem z babcią odwiedzamy Szpital Świętego Munga zawsze gdy wychodzimy ryczę... Dość, że jestem głupi, to jeszcze jestem  beksą. Ale czy to dziwne jeśli patrzy się na mamę i tatę, którzy nie wiedzą kim jestem? Wtedy czuję straszną pustkę. Zawsze gdy mama wręcza mi papierek po wyżytej gumie chowam go do kieszeni, a potem w szafce. Nie raz oglądam je zastanawiając się co by było gdyby oni... gdyby oni, nie zostali aurorami. Wiem, że to bardzo piękne zajęcie, ale gdyby byli zwykłymi nauczycielami to, nie stało by się nic złego, a klątwa Cruciatus nie pozbawiła ich zmysłów. A może wtedy byłbym mądrzejszy? No nie wiem... W każdym razie zielarstwo to jedyna rzecz, w której jestem dość dobry...Chciałbym choć raz poczuć się kimś wyjątkowym, mieć prawdziwego przyjaciela, który zaakceptuje to jaki jestem, nie będzie się śmiał z mojej głupoty. Jutro jadę do Hogwartu, a Teodora znowu się zgubiła, ale to jest nic w porównaniu z tym, że dziś odwiedzę znów rodziców. Lubię z nimi przebywać, ale gdy widzę jak cierpią po prostu nie wytrzymuję... Dlaczego zawsze muszę się rozklejać?

***************************

Oto króciusieńki prolog, który dopiero zwiastuje, o czym będzie ten blog. Jeśli jesteś ciekawy dalszych losów obserwuj ten blog i bądź na bieżąco  Zawsze odwdzięczam się komentarzem, więc jeśli się tu znajdzie będzie dla mnie ogromną motywacją :) .